![]() |
|
|
|
„Co ty tam
robisz jeszcze na Zachodzie Zdaje się, że organizatorzy kolejnego wyjazdu integracyjnego firmy SANEA doskonale znają wartość przytoczonych powyżej słów. Może dlatego został ponownie wybrany kierunek Bieszczady, bo coś jest tajemniczego w tym miejscu dla większości uczestników wycieczki nieznanym. To COŚ przyciąga, oczyszcza, daje perspektywę i na nowo pozwala odkryć siebie. I mniej więcej takie właśnie były te niezwykłe „Manewry Bieszczadzkie” 2011. Zaczęło się od „trzęsienia ziemi” i z każdym dniem było lepiej. W czwartek 16.06 wczesny (godz. 6.30 rano) wyjazd z Lublina nie popsuł nikomu humorów, a czas podróży każdy umilał sobie jak potrafił – był śpiew i „wino”, gitara i akordeon czyli wszystkie atrybuty dobrej zabawy. Jako, ze plan wyjazdu naprawdę był rozbudowany nie było dużo czasu na zwiedzanie zespołu kościelno-plebańskiego w Bliznem a po obiedzie autokar już pędził w kierunku Strzebowisk niedaleko Cisnej gdzie czekało na strudzonych pierwsze mocne uderzenie – Osada Magury. Ten, kto pamięta studenckie, przaśne wyjazdy autostopem z namiotem pod pachą i przetartą karimatą, docenił natychmiast to miejsce noclegowe. To prawdziwa osada domków kilkuosobowych w stylu późnogóralskim (albo wczesnogóralskim, nie spierajmy się o szczegóły), gdzie nawet największy malkontent musiał westchnąć z zachwytu. Nie było oczywiście dużo czasu na „rozklejanie się”, bo wszak nie po to tu jesteśmy. Kolejne uderzenie to wyjście po rozpakowaniu się na wycieczkę w Bieszczady!!!! A pewnie, od razu na 3,5 h na szlak- to wydawało się dla niektórych pomysłem z gatunku science fiction, ale wierzcie lub nie, 99% uczestników wycieczki z zapałem maszerowało aż miło było patrzeć. Coś jednak jest w tych Bieszczadach. Powrót do Strubowisk i upragniona kąpiel a potem kolacja przy śpiewach biwakowo-bieszczadzkich to dopełnienie tego dnia, po którym nic tak nie cieszy jak zapach świeżej pościeli i lekki chłód bieszczadzkiej, przyjaznej nocy wpadającej przez otwarte okno. I witaj dniu kolejny! Pamiętny dla niejednych uczestników piątek 17.06.„To właśnie są Moje Bieszczady…” To właśnie wtedy cała wspaniała grupa została podzielona na 4 podgrupy, którymi kolejno przewodzili sponsorzy wyjazdu: – grupa I – Viessmann – grupa II – Kisan – grupa III – Danfoss – grupa IV – Roca Tylko ostatni sponsor – Purmo nie uczestniczył w tej eskapadzie. Wszystkie grupy zostały zaopatrzone w kompas, mapę, batonik, mini apteczkę, kopa na szczęście, uścisk prezesa itp. itd. I zostały rozwiezione w cztery różne miejsca aby z tychże miejsc dotrzeć w jeden punkt - gdzieś mniej więcej 700 m n.p.m. we wsi Przybyszów, której tak naprawdę nie ma i na dodatek o tej samej godzinie . Brzmi mało logicznie, ale wyobraźcie sobie, że WYSZŁO WSZYSTKIM!!!. Wszyscy się spotkali w planowanym miejscu, umorusani, zmęczeni, z pęcherzami, liśćmi we włosach, komarami w zębach i pajęczyną miedzy palcami, ale niesamowicie dumni z siebie. No i znów czy nie pasuje tu Kaczmarski?: (…)Mówią,
że Polska o głodzie i chłodzie – I tak właśnie było tam na górze we wsi Przybyszów – której nie ma. CZARY! Mogli tak siedzieć i zajadać kiełbasę z ogniska szczęśliwi i bogatsi o nowe doświadczenia, ale pogoda w Bieszczadach jest kapryśna jak marża na wiosnę. Już burza nad szczytami, już wiatr we włosach, już grzmoty nie tak dalekie i wreszcie ciężkie krople na zmęczonych twarzach zmoczyły ten obrazek sielski-anielski. I może dobrze, bo już za słodko było. Jeszcze chwila na refleksje w Komańczy w Klasztorze Sióstr Nazaretanek, gdzie przebywał na wygnaniu prymas Stefan Wyszyński i powrót do Osady Magury. Wieczorem kolacja i koncert wybitnego kompozytora, piosenkarza, obserwatora i komentatora Tomasza Szweda. Nie było czasu na nudę – o nie!. I powrót samochodem lub z pochodniami – co kto lubi – w kierunku zasłużonego spoczynku. Ostatni dzień wyjazdu – sobota 18.06, to taka wisienka na torcie. Bo wszelkich oczywistych czynnościach typu śniadanie, pakowanie, oddawanie kluczy (przez niektórych celebrowane z lubością), żegnanie się z osadą - autokar wyruszył w stronę Sanoka. A tam czekały dla chętnych kajaki, które przez 3 godziny były jedyną deską ratunku – dosłownie i w przenośni - podczas spływu w kierunku Dobrej Szlacheckiej, gdzie czekał dla utrudzonych i rannych iście królewski poczęstunek przygotowany przez Panie z Koła Gospodyń Wiejskich. I pewnie ten punkt programu urzekł do końca, żeby nie powiedzieć – powalił na kolana - uczestników ostatniego wyjazdu integracyjnego organizowanego przez firmę SANEA Sp. z o.o. Bo któż mógłby się oprzeć żurkowi na zakwasie gotowanemu, chlebkowi żytniemu w piecu prawdziwym chlebowym pieczonemu, ogóreczkom swojskim, rogalikom maślanym, kaszaneczce z kapustą kiszoną (chociaż to akurat mogę oddać…). I nic już nie mogło zepsuć humorów lubelskiej grupie, która ze śpiewem na ustach wyruszyła w kierunku Lublina. To nie był zwyczajny wyjazd, raczej pewne doświadczenie, które zostanie przez każdego uczestnika w inny sposób odebrane. Jedno jest pewne – Bieszczady to miejsce magiczne, gdzie widzisz wyraźniej siebie, gdzie „być” znaczy więcej niż „mieć”. I znowu poeta najlepiej to spointuje: (…)Przyjeżdżaj
zaraz, jeśliś jest na chodzie. |
![]() |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |